Anna Miga:

Nasz Walentynowy koncert odbywa się w galerii co roku, niezależnie od wystawy, jaką wtedy mamy. Dzisiaj witam w scenerii wystawy malarstwa pracowni prof. Stanisława Tabisza, rektora ASP. Natomiast wyobraźcie sobie Państwo, że w zeszłym roku o tym czasie mieliśmy tutaj przepiękną, dużą wystawę ikon. Do galerii wchodziło się przez symboliczny IKONOSTAS – w kościele prawosławnym jest to wysoka, złocona przegroda z ikonami, oddzielająca świat zwykły, profanum, od świata świętego, od sfery sacrum.
A więc święta wystawa, a tu Walentynki. Musiałam się z tego wytłumaczyć, zaczęłam czytać na temat walentynek i okazało się, że to ciekawy i bardzo religijny temat.
Walentynki są obchodzone na pamiątkę św. Walentego, męczennika kościoła katolickiego. Walenty, żyjący w III wieku n.e. był kapłanem rzymskim, biskupem Rzymu, ale także lekarzem, prześladowanym i skazanym na męczeńską śmierć, bowiem nie wypełniał rozkazów cesarza Rzymu Klaudiusza II – udzielając potajemnie ślubów zakochanym żołnierzom. Cesarz wydał zakaz ożenku dla żołnierzy i legioniści między 18. a 36. rokiem życia nie mogli się żenić, bo jako kawalerowie byli lepszymi żołnierzami. Legenda mówi też, że zakochana w nim córka więziennego strażnika, która była ślepa, odzyskała wzrok, gdy Walentego stracono. Walenty też się w niej zakochał i w dniu egzekucji przesłał jej swoje wyznanie miłosne w formie liściku.
Od tamtego czasu – notuje się wielki kult Walentego. Już od Średniowiecza obchodzono Walentynki w Anglii i Europie Zachodniej. Należało wtedy wysłać liścik z wyznaniem miłości do ukochanej osoby – i taka jest tradycja święta zakochanych.
Nie jest to więc w żadnym wypadku święto amerykańskie! I nie krytykujmy Walentynek, jako przejawu amerykanizacji życia.
Sami więc Państwo widzicie, że od wystawy ikon do św. Walentego i święta zakochanych droga niedaleka.
W tym roku zaprosiliśmy Państwa na Walentynki z Martą Bizoń.

Marta Bizoń, absolwentka krakowskiej PWST, aktorka krakowskiego Teatru Ludowego, jest też znakomitą wokalistką, laureatką Festiwali Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, i znana jest naszej publiczności.
W programie jej noworocznego koncertu w styczniu 2006 roku znalazły się jej ulubione piosenki z repertuaru Edith Piaf, Lizy Minnelli, Hanki Ordonówny, przeboje z „Kabaretu starszych panów” oraz kolędy. Na Walentynki w 2007 roku wystąpiła w galerii z recitalem „Neapol”, promowała też swoją książkę „Zapiski artystki”.
W marcu 2009 oglądaliśmy ją w znakomitej komedii Miro Gavrana krakowskiego Teatru Ludowego, „Wszystko o kobietach”, gdzie razem z Beatą Schimscheiner i Dominiką Markuszewską dała popis swoich możliwości aktorskich.
Dzisiaj wystąpi z towarzyszeniem zespołu: na fortepianie gra Jerzy Kluzowicz, Wiesław Murzański – gitara basowa, Marek Olma – perkusja.

Recenzja z koncertu, Magazyn Krzeszowicki, 4/2013

Piosenki niczym listy w kształcie serca

Marta Bizoń jest osobowością, ale nie w stylu warszawskich gwiazd. Ma za to talent, urodę, pokorę estradową, dyplom aktorski, świetną dykcję, oryginalny tembr głosu…Posiadła sztukę urokliwego kontaktu z publicznością. W Krzeszowicach kolejny raz potwierdziła swą artystyczną klasę. Właśnie estradową – w tym dobrym znaczeniu, bo kabaretowym.
Bohaterka wieczoru jest piękną kobietą, sugestywną aktorką teatralną i filmową, wokalistką. Debiutowała 21 lat temu w krakowskim Starym Teatrze. Od lat związana jest z Teatrem Ludowym w Nowej Hucie. Niepowtarzalna w wykonywanych po polsku i w języku jidisz tradycyjnych pieśni i piosenek żydowskich. Myślę, że nadchodzi – ku niej – pełnia blasku gwiazdy. Może potrzebna jest jeszcze ta kropelka szczęścia… Prezentowanymi na Walentynki piosenkami – z uśmiechem – udowodniła, po raz kolejny, że miłość jest niczym studnia. Frapuje swą tajemniczością, nadaje sens oraz energię życiu, wciąga swą zachłannością. Z reklamowych zapowiedzi wynikało także, że mają to być największe światowe przeboje muzyki rozrywkowej. Utwory – hity, kiedyś hipnotyzowały, fascynowały, rodziły wzruszenie. I dzisiaj w interpretacji Marty Bizoń jest tak samo. Dalej brzmią przejmująco. Ale w jej interpretacji nie było naśladowania czy podrabiania przebojów pierwszych wykonawców. Byliśmy świadkami oraz uczestnikami teatralnej wręcz opowieści o nas… Naszej pamięci o przeszłości, młodości, także wielkiej historii.
Nie mógł zacząć się ten występ inaczej niż piosenką Lizy Minnelli, z legendarnego filmu Kabaret, w reżyserii Boba Fossa. Ten obraz nic się nie zestarzał, a jego warstwa muzyczna oraz słowna wciąż pobrzmiewa aktualnością. I nie było przypadku, bo:
Po co pozwalać prorokom i fatum
zgasić każdy uśmiech.
Życie to kabaret, stary pryku,
więc przyjdź do kabaretu.
Po brawurowym siedemdziesięciominutowym spotkaniu przyszedł czas na bisy. Artystka nie oszczędzała się i zwieńczyła spotkanie z krzeszowicką publicznością właśnie utworem z filmowego Kabaretu – Money, gdyż pieniądze sprawiają, że świat się wciąż kręci; w tym świat biednych i bogatych, a gdy pragnienie zapuka w okno, trzeba otworzyć, a zobaczysz jak miłość wylatuje zza drzwi… Pomiędzy wstępem a zakończeniem koncertu usłyszeliśmy, umownie, całe życie, w kilkunastu piosenkach. Bez nadinterpretacji, modnych udziwnień, pseudonowoczesnych aranżacji. W konwencji aktorskiej przywołano miłość. Wszak uczucie ma tyle imion, ile osób zostało dotkniętych strzałą Amora. I pojawili się wymarzeni panowie o wcale nie salonowych imionach czy epitetach. W atmosferze liryki Ludwika Jerzego Kerna zabrzmiały teksty dowcipne, optymistyczne. Artystka zaproponowała spacer po Barcelonie, wyzywającym Nowym Jorku, pełnym kobiecego seksapilu, krzyżówkowych zmianach układów partnerskich, a nawet spotkanie z Amerikano, który wędruje po Krzeszowicach. To ostatnie wypada nazwać lokalną aktualizacją tematu!
Pani Marta ma doświadczenie w kreowaniu oraz opiewaniu miłości, które wymaga kunsztu artystycznego. A te wymogi współczesnej sceny estradowej spełnia znakomicie. Podczas studiów zetknęła się zapewne z profesor Martą Stebnicką, która skutecznie uczyła rozumienia tekstu, „narracji” piosenki, uczulała wykonawcę na wewnętrzną dramaturgię piosenki. W roku 1995 dwie panie Marty – aktorka i reżyserka – spotkały się w spektaklu Stare pianino, opartego na tekstach Ludwika Jerzego Kerna.
Warte osobnej uwagi jest przywołanie w recitalu wielkiej, tragicznej, ale czy pamiętanej przez młodych? – genialnej Edith Piaf. Brawurowo zaśpiewane i zagrane Non, je ne regrette rien; Nie! Nie żałuję niczego, ponieważ moje życie i moje radości, zaczynają się wraz z tobą! – nie tylko wzrusza.
Usłyszeliśmy też opowieść dziewczyny z portu, cienia ulicy, która leczy wyrzuty sumienia, gdyż:
śpiewam historie milordów,
którzy nie mieli szczęścia,
proszę spojrzeć na mnie, Milord!
Pojawiła się też niezwykła poetka, Agnieszka Osiecka, z równie dramatyczną prywatną biografią, chociaż w jej tekstach tyle radości, codziennych świętości, w której świat nie jest mdły ani zły. Znakomita obserwacja życia, a wykonanie Niech no tylko zakwitną jabłonie budziło emocje wśród publiczności. Co zrozumiałe – wszak wiosna blisko, a z nieba spada manna z prądem i gazem za darmo, także parówki, ale nie złotówki. Zatem świat nie jest ciekawy, ale jak zakwitną jabłonie to: I dziewczyna kocha łatwiej.
Nie mogło zabraknąć Hanki Ordonówny. Jeszcze słuchanej, rzadziej oglądanej w rolach filmowych, bo media o takich artystkach zapominają. Dla niektórych decydentów określenie „przedwojenne” oznacza antyczne!
Miłość tak pięknie tłumaczy:
zdradę, kłamstwo i grzech.
Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,
że jest okrutna i zła,
miłość ci wszystko wybaczy,
bo miłość, mój miły, to ja.
Przeglądając wykaz ról teatralnych pani Marty, czułem się zaskoczony nie tylko ilością ról, lecz ich różnorodnością, co w połączeniu z pracą u wybitnych, a często kontrowersyjnych reżyserów, uwydatnia jej paletę możliwości aktorskich oraz wokalnych. Dzisiaj piosenka aktorska przegrywa medialnie, ale ma swoich wiernych słuchaczy oraz widzów, bo właśnie piosenki z tej półki są i muszą być perełkami teatralnego dramatu. Teatru gestu, mimiki, dźwięku, koloru, kontaktu z publicznością, obrazu. Zaśpiewać można wszystko; ale problem w tym jak to uczynić, by nie powielić pierwowzoru, ale nadać piosence swe własne, niepowtarzalne, osobowościowe piętno…To się widzi i czuje u Marty Bizoń.
Przed bisami artystka zaśpiewała Już czas na sen. W tak precyzyjnie przemyślanym scenariuszu nie mogło zabraknąć słów pożegnania dobranoc mężczyzno, dobranoc kobieto. Pozornie melancholijny, głęboko filozoficzny oraz aluzyjny tekst stworzyli autorzy Kabaretu Starszych Panów. Prawie pół wieku temu. Dzisiaj w telewizji, w radio czy w teatrze rzadko mamy profesjonalny kabaret. Zamienił się on rolami – kabaret wszedł w życie publiczne i państwowe, a życie stało się – często – zbyt okrutne i banalne, by je opiewać na estradzie.
Dobranoc, dobranoc ojczyzno,
już księżyc na czarnej lśni tacy.
Dobranoc i niech się przyśnią pogodni, zamożni Polacy (…)
i darzą uśmiechem się wzajem, i wszyscy do czysta wymyci,
i wszyscy uczciwi do rana, od morza po góry, aż hen…
Dobranoc, ojczyzno kochana, już czas na sen.
Nic dodać, nic ująć Pani Marto, w tym naszym kabarecie!

W koncercie Walentynki z Martą Bizoń grał zespół muzyczny w składzie: Jerzy Kluzowicz – fortepian; Wiesław Murzański – gitara basowa; Marek Olma – perkusja; Galeria w Pałacu Vauxhall, piątek 15 lutego 2013 r. Centrum Kultury i Sportu w Krzeszowicach.

Stanisław Cz. Kurdziel